„Drodzy państwo i panowie”, czyli wspomnienie pewnego rejsu…

Kryzys? Puste bankomaty? Zamieszki z imigrantami? Czegoś takiego na wyspie Zakynthos na pierwszy rzut oka nie widać. Jak Grekom musi zależeć na każdym euro, przekonałem się podczas 8-godzinnego rejsu wokół wyspy.

Celem była Zatoka Wraku z najpiękniejszą plażą świata – zapewniała rezydentka biura podróży. Na otoczoną wysokimi skałami plażę można dotrzeć jedynie od strony morza. Wejścia do zatoki pilnuje morska policja. Żadna prywatna łódź się nie prześlizgnie. Tylko rejsy zorganizowane. Cena 32 euro od osoby. Za te pieniądze łódź z turystami może cumować w zatoce aż… godzinę. Resztę czasu wypełniają atrakcje na pokładzie, przerwy na kąpiele itd. Wraz ze znajomymi skusiliśmy się. Popłynąłem.

Przygoda rozpoczęła się na betonowym placu przy śmietnikach, skąd do portu miał nas zabrać autokar. Spóźnił się pół godziny i wyruszyliśmy. W porcie czekał czerwony statek o wdzięcznej nazwie „Delfini”. Pierwsze wrażenie – to nie może być ten, przecież tu jest już komplet. Kompletu nie było, bo jakimś cudem nas upchnięto. Na stronie organizatora można wyczytać, że „Delfini” zabiera 500 pasażerów. Nas, lekko licząc, musiało być około tysiąca, co jednak organizatorom nie przeszkadzało. Poganiani przez agresywnych Greków w końcu stanęliśmy na pokładzie. Rejs się rozpoczął. Odwrotu nie było.

Próbowaliśmy poszukać sobie miejsca. Jakiegokolwiek. Dwa piętra szczelnie nabite turystami – głównie z Polski i Rosji. W końcu udało się wrócić na dolny zamknięty pokład. Wolne miejsca! Na skórzanych kanapach, przy stolikach. Luksus. Już za chwilę czar prysnął, a raczej roztopił się w saunie. Pokład nie był klimatyzowany i nie sposób było oddychać. Po godzinie udało nam się w końcu znaleźć miejsce przy pokładowej barierce. Było wolne nie bez powodu. Nad lekkimi powiewami wiatru dominował smród spalin „Delfiniego”. Przez ryk potężnego silnika przebijał się głos z megafonu oznajmiający, w pięciu językach, o mijanych atrakcjach. Każdy z kilkunastu komunikatów dla Polaków zaczynał się od słów „Drodzy państwo i panowie”.

Po dwóch godzinach – pierwszy postój i kąpiel. Rozglądaliśmy się, gdzie zostawić rzeczy, kiedy otworzono z obu stron burty i rozpoczął się cyrk. Inaczej trudno określić dziesiątki skaczących na siebie ludzi ze wszystkich stron i pięter statku. Takie postoje powtórzyły się jeszcze kilkakrotnie. Każdy przystanek kończył się krzykami załogi, która popędzała pływających. Niektórych na siłę wyciągano z wody. Komunikat: „Drodzy państwo i panowie, prosimy o natychmiastowy powrót na pokład!”.

Wreszcie dopłynęliśmy do celu wyprawy. Zatoki Wraku. Statek udało się opuścić po 15 minutach przeciskania się między coraz mocniej pijanymi Rosjanami, którym najwyraźniej nic już nie przeszkadzało. Wśród nich prym wiódł typ z wytatuowanym na lewej piersi logo Nike i groźnym spojrzeniem, którym dokładnie mierzył każdego z wysiadających. Zanurzyliśmy się w morzu, pocieszając się, że zawsze mogło być gorzej, kiedy w Zatoce Wraku zacumował bliźniak „Delfiniego”. Zawyła syrena, wzywając nas do natychmiastowego powrotu na pokład. Krzyki, przepychanki, ścisk. Minęła połowa rejsu. Warto byłoby się czegoś napić lub spróbować „przepysznych greckich przysmaków serwowanych w dwóch specjalnie przygotowanych barach”, o czym przypominał komunikat, poprzedzony oczywiście formułą „Drodzy państwo i panowie”. Czynny był jeden bar. Kolejka na pół godziny stania. Ostatnie godziny minęły znów w oparach ropy.

Koniec rejsu. Załoga konsekwentnie trzymała fason, poganiając krzykiem pasażerów do wyjścia. Na pytanie Greka przy trapie, czy było „good”, nie zdążyłem odpowiedzieć, bo wypchnął mnie na zewnątrz.

Zatem „Drodzy państwo i panowie”, jeśli chodzi o Grecję i Zakynthos, to chyba jednak mają tu kryzys.

Następny

Kontakt

Napisz do mnie