Latający taras

Marcin Szamborski

Marcin Szamborski, pilot śmigłowców, które stały się dla niego nie tylko pasją, ale sposobem na życie. Założył prężnie rozwijającą się firmę Salt Aviation, organizującą szkolenia i kursy lotnicze, które umożliwiają m.in. zdobycie licencji pilota. Z utytułowanym Rosjaninem, Maksimem Sotnikowem, dokonał wielkiej rzeczy, oblatując śmigłowcem kulę ziemską. Podczas tegorocznych Mistrzostw Świata w Mińsku wywalczył złoty medal dla Polski. Marcin, wraz z bratem Michałem, byli najlepsi w nawigacji – jednej z czterech mistrzowskich dyscyplin. 

Bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że latanie jest dla Szamborskiego całym światem. O śmigłowcach mógłby opowiadać bez końca. Jest zarówno sportowcem – biorącym udział w najważniejszych zawodach – pilotem turystycznym, instruktorem, ale i właścicielem prywatnej firmy, związanej ze śmigłowcami. 

Sportowiec

Mistrzostwa Świata odbywają się co trzy lata. Fender (beczki), slalom (łańcuchy), precyzja i nawigacja to cztery niezmienione od lat dyscypliny. Szamborski jest w polskiej kadrze narodowej i z dumą reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej. Jak się tam dostał? – Nic specjalnie trudnego. Potrzebna była licencja sportowa i na tej podstawie można ubiegać się o reprezentowanie kraju – odpowiada krótko. – Od 2007 roku latam śmigłowcami. W kwietniu 2011 na branżowych targach natknąłem się na Niemców. Pogadaliśmy, zaprosili mnie na treningi. Poszło szybko, przekazali nasze namiary Rosjanom, którzy organizowali mistrzostwa świata i tak się zaczęło. Od tamtej pory latamy wszędzie, gdzie tylko się da. Wcześniej, przez 15 lat, skakałem ze spadochronem, m.in. ze śmigłowców. Śmigłowce właściwie od zawsze mnie kręciły

Marcin Szamborski

Niezwykle atrakcyjne dla widzów zawody wymagają od zawodników ogromnej precyzji. Pierwsza z dyscyplin – fender rigging – polega na umieszczeniu fendera (plastikowej tuby) w trzech kolejnych beczkach. – Jak się spieszysz, to nic z tego nie wyjdzie. Gdy działasz za wolno, wyprzedzą cię rywale. Jest reżim czasowy, są kary za wykroczenia. Maszyna jest pozbawiona drzwi, ale latamy przecież zaledwie osiem metrów nad ziemią. Często o zwycięstwie decydują ułamki sekund – tłumaczy SzamborskiDruga dyscyplina jest jeszcze bardziej widowiskowa. – Nabieramy wodę do wiadra i przelatujemy przez jedenaście wąsko ustawionych bramek. Nie możemy za bardzo rozbujać ładunku, bo będziemy mieli straty wody, za co naliczane są kary. Na koniec musimy postawić wiadro na środku stołu. Zostaje jeszcze nawigacja i tzw. precyzja, czyli latanie z łańcuchami. – W przypadku łańcuchów lecimy długim na 50 metrów korytarzem. Do płóz śmigłowca przyczepione są dwa łańcuchy. Między nimi jest tylko metr różnicy. Trzeba tak lecieć, żeby jeden zawsze dotykał ziemi, a drugi był jeszcze w powietrzu. Wszystko bacznie obserwują sędziowie, patrząc czy nie wypadamy z wytyczonego toru. Na koniec trzeba idealnie wylądować. Lot nie powinien przekroczyć dwóch minut. Liczy się współpraca z partnerem, opanowanie i precyzja.Wbrew pozorom warunki atmosferyczne nie są tutaj istotne. –Każdemu wieje tak samo, więc nie zwracam uwagi na wiatr – opowiada Szamborski. 

Okazuje się, że pasjonatem śmigłowców jest też słynny były skoczek narciarski, Thomas Morgenstern. – Morgi naprawdę lubi się ścigać. Był ostatnio na Światowych Igrzyskach Lotniczych w Dubaju. On miał brąz, nam udało się wywalczyć srebro. Wygrali, jak zwykle, Rosjanie. Były to Igrzyska Lotnicze, gdzie zgłoszono aż 1000 zawodników z 55 krajów – relacjonuje nasz pilot. 

Ostatnio, wraz z bratem Michałem (który był nawigatorem, Marcin był pilotem) odniósł największy życiowy sukces. – Niedawno wróciliśmy z Białorusi z 16 w historii mistrzostw świata (23-29 lipca, Mińsk). Zdobyliśmy z bratem pierwszy złoty medal dla Polski. Pierwszy raz zagrano nam hymn na zawodach. Jesteśmy trzecim krajem na świecie w sporcie śmigłowcowym. Wyprzedza nas tylko potężna Rosja i Białoruś. Startowali także Austriacy, Ukraińcy i Chińczycy. Nam udało się wygrać w nawigacji.W tej dyscyplinie brało udział 35 ekip. Polacy najszybciej odnaleźli dziesięć punktów oznaczonych na mapie. Były to kilkumetrowe płachty z różnymi symbolami pochowane w lesie i za krzakami. 

Historyczny lot

O podróży dookoła świata pisaliśmy już w Angorze („Świat pod wirnikiem”, nr 4/2018, red. Henryk Martenka). Marcin wspomina to nietuzinkowe przedsięwzięcie: – Normalnie śmigłowcem można przelecieć około 650 kilometrów. Mieliśmy jednak na pokładzie dodatkowe paliwo, które dawało nam zasięg ponad 1000 kilometrów, a to już pozwalało chociażby przeskoczyć Atlantyk. Lot zajął nam 38 dni. W kilku miejscach musieliśmy czekać na poprawę pogody. 90 startów i lądowań. Cała trasa była z góry zaplanowana. Braliśmy pod uwagę miejsca, w których mogliśmy zatankować i ewentualnie skorzystać z serwisów. Maksim Sotnikow jest aktualnym mistrzem świata. To wielka persona w świecie lotnictwa. Podróż z nim była czystą przyjemnością. Przyjaźnimy się także poza sportem. Choć ma 61 lat, imponuje mi doskonałą pamięcią i olbrzymią wiedzą. Jest super kumplem. Przedsięwzięcie było sfinansowane wyłącznie z prywatnych środków, nie szukaliśmy sponsorów. Maszyna należała do Maksima. Piękne chwile…

Codzienność, którą kocha

Grafik Marcina Szamborskiego jest mocno napięty. W każdym sezonie bierze udział w wielu prestiżowych imprezach. Nie ma tu mowy o nagrodach finansowych: – Na tym się nie zarabia. To zabawa wyłącznie dla pasjonatów.Mistrz Świata na co dzień zajmuje się prowadzeniem firmy. Organizuje szkolenia, kursy pilotażu i prywatne podróże. Podczas naszego spotkania dogrywał szczegóły wyprawy śmigłowcami na Majorkę. Podróż zajmie dwa dni – z czego około 13 godzin samego lotu. Potem czeka go wycieczka z turystami do Wielkiej Brytanii. – Ludzie chcą zobaczyć świat z takiej perspektywy, z latającego tarasu. Latamy nisko, około 300 metrów nad ziemią. Nie ma potrzeby wznosić się wyżej, bo z takiej wysokości pięknie wszystko widać. Są tańsze hobby, ale tutaj wrażenia są niezapomniane. Nie ma co ukrywać, że jest to rozrywka dla bogatych. Godzina przyjemności, jaką są loty zapoznawcze w asyście pilota, kosztuje 2000 złotych: – Każdy może sam wystartować i posterować śmigłowcem. Wcześniej oczywiście tłumaczymy podstawowe zasady bezpieczeństwa i z grubsza opowiadamy z „czym to się je”. 

Siedzibą firmy Salt Aviation jest lotnisko w podwarszawskim Modlinie. Tam mieszczą się hangary i serwis. Założony w 2009 roku biznes stał się sposobem na życie. Zaczynali od jednej maszyny. Śmigłowiec kosztuje średnio 3,5-4 miliony dolarów. Dziś dysponują już solidną flotą. – Dla mnie każda godzina, każdy pretekst, żeby być w powietrzu są cenne. Często latam z operatorami filmowymi, pomagając przy przeróżnych produkcjach. W ciągu roku jestem w powietrzu około 350 godzin. Mam już na swoim koncie przelatanych ponad 3500 godzin.

W Polsce zarejestrowanych jest kilkadziesiąt prywatnych śmigłowców.Nie ma wygodniejszego środka transportu. Można wylądować praktycznie w każdym miejscu na ziemi, jeśli tylko uzyskamy zgodę właściciela terenu. Kiedy chcę na przykład wylądować przed hotelem, dzwonię i ustalam szczegóły z obsługą. Generalnie musi być równo… Dobrze, żeby dokoła nie było drutów, czy innych przeszkód –tłumaczy pilot

Szamborski nie widzi zbyt wielu zagrożeń w lataniu śmigłowcami. – Zdarza się, że ludzie przeceniają swoje umiejętności, pakują się w złą pogodę, tracą orientację przestrzenną i wtedy jest problem. Wypadki rzadko kiedy zdarzają się z powodu awarii silnika. Nie znam takich przypadków. To jednostkowe, marginalne historie. Sam kilkakrotnie musiałem uciekać przed złą pogodą, zawracać i przeczekać… Ale nigdy nie doszło do niczego groźnego. Gdy widziałem, że coś się może zadziać, unikałem takich sytuacji.  

 – Kiedy jesteś w powietrzu, adrenalina pewnie wskakuje na najwyższy poziom?– pytam. – Absolutnie nie chodzi tu o tego typu emocje. Najważniejsza jest przyjemność, poczucie wolności, ucieczka od tłumu ludzi. Poza tym niezapomniane widoki, nieosiągalne z innej perspektywy, które zostają w głowie na długo.A tych Marcin widział mnóstwo. – Całe południowe wybrzeże Wielkiej Brytanii jest cudowne, obłędna jest Alaska. Lądowałem także na Mont Blanc. Polska, szczególnie południowa, także jest przepiękna! Bieszczady, Tatry! Nie lubię Mazowsza, bo jest po prostu nudne. Płaskie jak naleśnik. Podobnie jest we Włoszech, gdzie wiem, że przez dwie godziny lotu nie wydarzy się nic ciekawego. Zawsze porównuję tamten rejon właśnie do Mazowsza. Wolę latać, niż jeździć autem, bo nie ma korków i fotoradarów– śmieje się. – Poza tym jest to bezpieczniejsze. Moja żona martwi się o mnie gdy jadę gdzieś samochodem, a kiedy lecę śmigłowcem jej obawy znikają.

Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Marcina Szamborskiego

Następny

Kontakt

Napisz do mnie