Samochód roku?

Warto było czekać na nową Kię Sorento! Duży, nowoczesny SUV w swojej czwartej odsłonie okazał się świetnym – niezwykle przestronnym i luksusowym – autem. Problem niezbyt prestiżowego znaczka na masce w pełni rekompensuje atrakcyjna cena. Europejska (i nie tylko) konkurencja musi już nie tyle uszanować rywala z Korei Południowej, lecz może mieć powody do obaw o sprzedaż swoich pojazdów. Przynajmniej w segmencie SUV-ów segmentu D…

– W końcu mamy auto skrojone na pana! – powitał mnie pan Jarek, odpowiedzialny za park prasowy Kii. Wierzę, że chodziło mu wyłącznie o mój wzrost, a nie kilogramy… Nie wiedział, że do nowego Sorento przesiadałem się bezpośrednio z malutkiego Abartha 595, bazującego na Fiacie 500, za kierownicą którego wyglądałem dość komicznie. Dlatego pierwsze, bardzo dobre wrażenie, gdy wsiadłem do potężnego Sorento, nie było zaskoczeniem. Jednak, kiedy podobne emocje towarzyszyły mi za drugim, trzecim i każdym kolejnym razem, aż do zakończenia tygodniowego testu, zdałem sobie sprawę, że sytuacja jest poważna. Czyżby nowe Sorento było najfajniejszym i najlepszym (biorąc pod uwagę stosunek ceny, do tego, co otrzymujemy w zamian) testowanym autem w 2020 roku? Wszystko na to wskazuje…

Ale po kolei. Przygotowany egzemplarz był w białym perłowym lakierze, na co wyraźnie się skrzywiłem. Nie dlatego, że taki odcień specjalnie nie pasuje do Sorento. Przeciwnie, samochód wyglądał okazale i wydawał się jeszcze większy (a mierzy ponad 4,8m długości), niż mówią dane techniczne. Po prostu ostatnio mam „szczęście” do testowania białych aut i tęsknię za oryginalnymi, żywymi konfiguracjami. Muszę jednak przyznać, że w połączeniu z ładnymi 19-calowymi felgami, dużym czarnym grillem i olbrzymim oknem dachowym, Kia prezentowała się naprawdę dobrze. Zresztą wygląd zewnętrzny to spory atut Sorento czwartej generacji. Przede wszystkim pojazd zaprojektowano kompletnie od nowa, całkowicie zrywając z wizerunkiem poprzednika. Wyszło ekstra, bo zaprezentowany w 2014 roku wóz był według mnie zbyt zwyczajny, przez co nudny. Poza tym świeżość w motoryzacji, gdzie mnóstwo aut wygląda do siebie bardzo podobnie, jest wyjątkowo pożądana. Nowe Sorento ma w sobie amerykański sznyt, co można dostrzec w detalach (np. pionowe, wysokie tylne lampy), jak i w całej bryle auta. Za oceanem na duże SUV-y o ostrych rysach kierowcy patrzą szczególnie przychylnie.

W środku mamy do dyspozycji masę miejsca. Przednie, wygodne fotele (podgrzewane i wentylowane) pasują do charakteru dużego SUV-a. W drugim rzędzie na pasażerów czeka regulowana kanapa, a także gniazda USB (sprytnie umieszczone w oparciach foteli), czy nawiewy klimatyzacji. Jest też trzeci rząd rozkładanych siedzeń, który z obowiązku sprawdziłem dopiero pod koniec testu. Zwykle siedziska umieszczone zaraz za tylną klapą są beznadziejne. Tymczasem, jazda w bagażniku Sorento nie musi być tak absurdalna, jak u konkurencji. Jasne, najlepiej poczują się tam dzieci lub ludzie co najwyżej średniego wzrostu. Gdy już uda im się tam wcisnąć, przez dość ciasny otwór, nie powinni narzekać. O dziwo, jest tam bardziej przytulnie niż klaustrofobicznie. Poza tym czekają na nich kolejne gniazda USB (tych w całym aucie naliczyłem aż 7) i oddzielnie regulowana klimatyzacja. Rezygnując z 7-osobowego wariantu (składanie dodatkowych siedzisk zajmuje chwilę), zyskujemy bardzo duży, liczący nawet ponad 800 litrów bagażnik.

Należy wspomnieć o jakości wykończenia kabiny. Jest  na świetnym poziomie – dominują miękkie tworzywa, skóra, czy estetyczne listwy dekoracyjne o ciekawym wzorze, które możemy podświetlać na mnóstwo sposobów. Szkoda tylko, że przesadzono z ilością połyskującej, błyskawicznie brudzącej się fortepianowej czerni. Niemniej, nie waham się stwierdzić, że w tym aucie jest luksusowo i zaskakująco blisko do klasy premium. Sorento jest nafaszerowane elektroniką i bajerami, a lista wyposażenia zajmuje dobrych kilka stron. Przynajmniej w najwyższej wersji, którą testowałem. Szacując „na oko”, można by spodziewać się ceny przekraczającej 300 tysięcy złotych. Nic z tego! Skonfigurowana po kokardę Kia kosztuje 218 900 złotych, natomiast jej bazowa (nie mylić z biedną) wersja wyceniona jest na niespełna 160 tysięcy. Może proroctwo o tłumach, szturmujących salony koreańskiej marki byłoby przesadą, ale spodziewam się, że już wkrótce widok nowego Sorento na naszych drogach nie powinien być rzadkością.  

Odnośnie nietypowych gadżetów uwagę zwracają trzy innowacje. Pierwsza: kamerki umieszczone pod lusterkami bocznymi, z których obraz trafia na wyświetlacz za kierownicą, gdy zmieniamy pas ruchu, uruchamiając kierunkowskaz. Działa to zadziwiająco przydatnie i z łatwością oswoiłem się z tym patentem. Nawet niezainteresowanym zakupem Kii polecam odbyć jazdę testową nowym Sorento, żeby sprawdzić tę funkcję na własnej skórze. Druga: system pobudzający tych, którym zdarza się „zasypiać” na światłach. Kiedy auta przed nami ruszą, Kia – gdy wykryje naszą zwłokę – przywróci nas do porządku krótkim sygnałem dźwiękowym. Pomysłowo! Na koniec rzecz, o której myślałem, że wspomnę jedynie, aby ją wyszydzić. To funkcja „Sound of Nature”, umożliwiająca wybór relaksujących odgłosów natury. Natury, ale także np. odgłosów z ogródka kawiarnianego. W dziwnych czasach, gdy takie okoliczności możemy jedynie powspominać, przyjemnie było zaaranżować Sorento właśnie na kawiarnię. Jednak najbardziej spodobał mi się tryb śnieżnej zimy. Wsłuchując się jak ktoś przedziera się przez – jak sobie wyobrażałem – wysokie zaspy, przejechałem dobrych kilkanaście kilometrów. Być może to ze mną jest coś nie tak, ale… faktycznie poczułem się zrelaksowany.

Czas na to, co pod maską. Nie mam powodów, żeby krytykować niewielki benzynowy motor (raptem 1.6 litra pojemności), współpracujący z elektrycznym silnikiem. Towarzyszył im napęd na cztery koła i oczywiście automatyczna skrzynia biegów. Tej hybrydy nie musimy sami ładować, a cały system pracuje bezobsługowo. Na obawy o trwałość i niezawodność nowej jednostki, Kia odpowiada w swoim stylu, dając niezmiennie 7 lat pełnej gwarancji. Dla przeciwników hybryd przygotowano alternatywę w postaci 202-konnego diesla. 

Testowane auto radziło sobie na drodze znacznie lepiej niż poprawnie. Przy próbie sprintu spod świateł czułem przyjemnego kopniaka od elektrycznego wspomagacza oraz – co ważniejsze – nie raziło mnie wycie silnika. Łączna moc zestawu 230KM przekłada się na akceptowalne osiągi (9 sekund do setki) i jeszcze bardziej akceptowalne spalanie. Po prawie 1000 kilometrów, pokonanych w zróżnicowanych warunkach, nie dbając specjalnie o ekonomię jazdy, mój wynik nie przekroczył 9 litrów na 100 kilometrów. Wady? Sorento ma kłopot ze zdecydowanym przyspieszaniem przy wyższych, autostradowych prędkościach. Jest podatne na podmuchy wiatru i potrafi nieprzyjemnie bujać. Czuć też, że ten SUV woli pokonywać zakręty wolniej niż szybciej. Jednak, przy takim gabarycie, nic w tym dziwnego. Kiedy nie szarżujemy, wóz odwdzięcza się doskonałym wyciszeniem kabiny i naprawdę wysokim komfortem.

Podsumowując, nową Kię Sorento jestem skłonny polecać każdemu, kto szuka niebywale wygodnego i przestronnego SUV-a, z zaskakująco wysokiej półki. Mam tylko nadzieję, że nie podzieli losu starszego brata, wyśmienitego Stingera, którego największym problemem, wpływającym na słabą sprzedaż w Europie, okazało się najprawdopodobniej logo Kii na masce. Chociaż w wypadku SUV-a, który celuje w innych odbiorców, powinno być o niebo lepiej. Koreańskie auto oczarowało mnie na tyle mocno, że po jednym z ostatnich w tym roku testów, właśnie Sorento przyznałbym tytuł Samochodu Roku 2020! Chyba, że na ostatniej prostej wyprzedzi go… Ale o tym za tydzień…

Następny

Kontakt

Napisz do mnie